czwartek, 16 sierpnia 2018

Książę 1 - inżynier

Zabrałam się za historię mojej Księżniczki współlokatorki, ale stwierdziłam, że muszę przygotować odpowiedni wstęp, aby się nie powtarzać. Dlatego powstanie osobny cykl opowieść o książętach, gdyż będzie występować w nich wiele księżniczek. Do dzieła!
Książę inżynier był pierwszym animatorem, którego poznałam zaraz po przyjeździe. Moja zdolna firma nie poinformowała młodego niedoświadczonego rezydenta, co ma ze mną zrobić po odbiorze z lotniska, a ponieważ to był mój pierwszy sezon, to też nie wiedziałam jaka jest procedura, a niestety za dużo wiedziałam o mojej przyszłej pracy od koordynatora, więc powiedziałam rezydentowi, w którym hotelu mam animować i jak tam zajechaliśmy z turystami, to wysiadłam. Rezydent był bardzo dobrze przeszkolony, przedstawił różne przydatne ciekawostki i opisy miejsc do zwiedzenia. To był jego pierwszy transfer i szew ani koledzy po fachu nie powiedzieli mu, że wszystkich przyszłych pracowników odstawia się najpierw do ogólnego lojmana. Całe szczęście, że nie trafiłam tam od razu, bo pierwsze wrażenie jest bardzo ważne, a warunki mieszkaniowe rezydentów były okropne! Grzyb, brud, ciasnota, w której niestety musiałam później spędzić jedną noc, ale towarzystwo rezydentów było doborowe!
To nie koniec moich przygód w tej historii księcia. W hotelu oczywiście nie byłam zameldowana (pracownicy mają zazwyczaj osobny sektor czy nawet budynek), a recepcja nie zrozumiała, że „entertainer” to to samo coanimasyon” i jak już wszystkich turystów zakwaterowała długo szukali mojego pokoju. Dopiero dogadaliśmy się, jak powiedziałam, że będę tutaj pracować z dziećmi. Wtedy (około północy) zadzwonili po księcia i przyszedł po mnie jak gdyby nigdy nic. Wysoki i przystojny, w eleganckiej koszuli, z przyjemnym, ale niestety lekko niepełnym uśmiechem. Władał perfekcyjną angielszczyzną, później okazało się, że również biegle mówił po francusku. Pamiętam, jak zdziwiłam się, że wiedział do kogo podejść, bo siedziałam kawałek od recepcji, ale też chyba nie było o tej porze nikogo z tyloma walizami w pobliżu. Jak na tyle wrażeń jednego dnia i moje nieużywanie angielskiego od dłuższego czasu, gawędziło nam się swobodnie. Odstawił mnie do mojej zaspanej współlokatorki i „zarzucił sieci”. ;)
Zaczęło się od niewinnych komplementów o zgrabnych nogach i długiej szyi (faktycznie Turczynki miewają krótsze) oraz wspólnym zainteresowaniu filmami. Jako informatyk z wykształcenia nie wyobrażałam sobie 5 miesięcy bez laptopa, do tego smartfony wtedy nie były jeszcze takie wygodne w użytkowaniu, więc miałam też trochę filmów bez dubbingu przy sobie. Zaproponował wspólne oglądanie jakiegoś horroru, a ja naiwna w to uwierzyłam. Kiedy zaczął się do mnie dobierać nadal nie wiedziałam, co jest grane. Ale trzeba przyznać, że wyszliśmy z tej niezręcznej sytuacji dość zręcznie, chociaż potem opowiadał, że jestem oziębła, ale jakoś musiał uratować swój honor wśród kolegów.
Przy okazji wspólnego „oglądania” filmów (tak, było więcej prób, bo naprawdę do polubiłam, a do tego był jedyną osobą na podobnym poziomie intelektualnym) zwierzył mi się ze swojej historii życia. Urodził się i wychowywał w Macedonii. W wieku ok. 5 lat musiał uciekać do Turcji - ojczyzny rodziców z powodu wojny domowej. Z tamtego okresu pamięta tylko, jak się liczy do 10ciu po macedońsku (trochę podobnie do polskiego). Zaraz po studiach inżynierskich rozpoczął pracę w firmie projektującej instalacje w budynkach, ale nie była to jego pasja. Powrócił do poprzedniej sezonowej pracy – animatora w Bodrum (dziwne, że tak piękne miejsca nazwano „Piwnica”) – kurorcie szczególnie upodobanym przez Francuzów. Wcześniejsze korepetycje i stały kontakt z obcokrajowcami sprawiły, że zaczął biegle władać francuskim. Osiągnął naprawdę dużo w branży. Sporo przed 30stką zarządzał profesjonalnym teamem i organizował złożone show. Niestety z powodów osobistych stoczył się prawie na samo dno.
Ojciec parał się polityką, matka zajmowała się domem, mieli jeszcze jedno dziecko – młodszą córkę. Syn hulał na animacji, a ojciec znęcał się psychicznie nad matką, która z tych nerwów nabawiła się raka piersi. Kiedy syn na tyle wytrzeźwiał, aby pojechać odwiedzić wreszcie chorą rodzicielkę, ta już umierała w szpitalu. Zdążył jeszcze spojrzeć na jej zniekształcone chemioterapią oblicze i pożegnać się. Ta tragedia wybiła na jego psychice duże piętno przypieczętowane wytatuowanym na przedramieniu „Annem” (Moja mama).
Myślę, że z powodu utraty matki dość młodo ożenił się z pół japonką pół amerykanką, której rodzice byli dyplomatami. Dziewczyna biegle mówiła po angielsku, japońsku, francusku i uczyła się tureckiego, ponieważ zaczęła pracę jako rezydentka w Turcji i tam w hotelu poznała się z inżynierem animatorem, który zachwycił się jej egzotyczną urodą. Księżniczka bardzo długo opierała się jego wdziękom, ponieważ jak sama mu mówiła, wie że Turcy nie potrafią dochować wierności. Ale w końcu uległa i pobrali się, a po sezonie zamieszkali w Belgii. Małżeństwo długo nie przetrwało. Zaczęło się niewinnie w kolejne wakacje. Praca animatora to ciągły kontakt z kobietami, nocne discotour, późne wracanie do domu, nietrzeźwym i z ogromnym misiem ze stacji benzynowej na przeprosiny. Długo mu wybaczała, aż pewnego razu odezwała się do niej na Facebooku jego kochanka i wszystko się wydało. Rozwiedli się, a on to naprawdę bardzo przeżył i wiem, że do tej pory kocha swoją ex-żonę, bo opowiadając mi tę historię płakał i mówił, że mama polubiłaby „jego” pół Japonkę. Do tego uważa, że nie był jej godzien, że to bardzo mądra i wartościowa kobieta. Nadal mają jakiś kontakt i cieszy się, że ułożyła sobie życie.

Fot. Misie na stacji benzynowej

Przypomina mi to taką opowiastkę o skorpionie i żabie. Skorpion musi przedostać się na ląd, bo utonie na swojej wysepce, gdyż woda przybiera z powodu ulewy i prosi żabę o transport na grzbiecie. Żaba mówi, że przecież ją może ukąsić, ale skorpion zaprzecza i nalega, więc żaba ulega. Po środku trasy skorpion wbija kolec z jadem w plecy żaby. Płaz ostatnim tchnieniem pyta: „coś, ty zrobił, teraz razem zginiemy!?”, a skorupiak na to „nie mogę nić poradzić, już taką mam naturę”.
W kolejnych historiach przekonacie się, że nie ma znaczenia czy to Turek, Kurd, Azerb, czy jest wykształcony, czy skończył tylko podstawówkę, czy jest ateistą, muzułmaninem czy alwei, czy jest animatorem, kelnerem czy kierowcą autobusu – wszyscy są podrywaczami. Nie wiem, czy to z powodu ciepła, burzy hormonów i feromonów, czy turystka to jedyna szansa na wyrwanie się z tego zapyziałego kraju, a do tego wiele kobiet przylatuje faktycznie w jednym celu. Do tego lokalne kobiety są zazwyczaj szczelnie odziane i nie ma tutaj na każdym rogu bilbordów z półnagimi modelkami. Co do kierowców autobusów wtrącę jeszcze, że co sezon słyszałam historie o wywożeniu w nocy rezydentek poza trasę po odstawieniu turystów. Ratowały się dzwoniąc do szefa, ale sam fakt mrozi krew w żyłach.
Wracam do głównego wątku. Inżynier popadł w alkoholizm, co nie przeszkadzało mu zaliczać setek księżniczek. Ostatni poważny związek był z turecką Niemką dentystką, ale nie przetrwał na tyle, żeby dorobił się straconego przez zły tryb życia zęba.
W moim sezonie nie widziałam, żeby miał aż takie powodzenie. Praktycznie co wieczór pożyczał laptopa, żeby oglądać porno strony. Do mnie startował, bo stwierdził, że dzieli nas niewielka różnica wieku, ale nie przeszkadzało mu w tym samym czasie pisać do mojej o 10 lat młodszej od niego współlokatorki listy miłosne, jakoby byli stworzeni dla siebie, bo podobni charakterami. Wcześniej przespał się z jedną z naszych niemieckich animatorek i potem rozpowiadał, że jest jak kłoda. Później dodawał, że nienawidzi niemieckich animatorek, szczególnie najmłodszej, a na zakończenie sezonu, kiedy ze starego teamu został tylko on i ona (16 lat młodsza), zaczęli ze sobą kręcić. Ten związek śledziłam już z Polski na Fb. Na szczęście po powrocie do kraju młoda Księżniczka szybko się otrząsnęła i wszystko wróciło do normy.
Rozmawiałam kiedyś na luzie z moją koleżanką psycholog, która też pracowała podczas studiów za granicą i mówiła mi, że taki mechanizm jest normalny. Z dala o rodzin, znajomych, w innych warunkach kulturalnych i klimatycznych, puszczają hamulce, a potem wraca się do codzienności i jest otrzeźwienie.
Na zakończenie dodam, że inżyniera spotkałam jeszcze w kolejnym sezonie, bo jego kolego – menadżer animacji zlitował się i dał mu pracę w hotelu, gdzie był mój mąż. Przywitaliśmy się jak starzy, dobrzy znajomi. Dalej był przystojny, ale jakby przygaszony i wyglądał starzej. Niestety długo nie zabawił publiczności. Przyłapano go na kradzieży pieniędzy ze sprzedaży losów Bingo. No cóż, alkohol sporo kosztuje w Turcji. Ostatnio wysłał mi znów zaproszenie na Fb z nowego konta ze smutnym profilowym zdjęciem. Ciekawe jest to, że ciągle zmienia profile, czyżby ukrywał się przed zdradzanymi kochankami? Nie przyjęłam go do znajomych, bo mój mąż to zazdrośnik i nie rozumie, że tak naprawdę dzięki inżynierowi jesteśmy małżeństwem, ale o tym w innym wpisie. ;)

niedziela, 12 sierpnia 2018

Kurdyjska przygoda – cz. IV Za co kocham to miejsce?

Zaczęłam od tego, czego brak mi doskwiera, więc teraz wypiszę, dlaczego tutaj wytrzymuję.
Nie chcę się zajmować banałami typu słońce i ciepło:

- widoki – wychodzę poza zabudowania i mam zapierające dech w piersiach pasma górskie, zachody słońca, łany zboża i tytoniu;
- robienie prawie wszystkiego na podłodze – śpimy na materacach, jemy na rozłożonym na podłodze obrusie, nawet w kuchni jest dywan, żeby miękko przygotowywać potrawy siedząc po turecku, deski do prasowania brak, przecież wystarczy rozłożyć na podłodze ręcznik itd.;
- jedzenie – szczególnie chałwa i baklawa, świeże i słodkie owoce, ale też inny smak kebabów, chleba, bulguru, bakłażany z ogródka i jasnozielone ogórki, ayran;
- gościnność – praktycznie co wieczór spotykają się ludzie pod domem i popijając herbatkę rozmawiają, nie ma problemów z odwiedzinami, bo każdy siada na podłodze na specjalnych poduchach,więc miejsca dużo, częstuje się tylko herbatą, a szklaneczek pod dostatkiem;
- dużo miejsca do chodzenia dla dziecka – Mały ma gdzie się przemieszać i nie nabroić, bo nie ma tutaj za dużo szafek do otwierania, do tego duży taras, na którym odbywa się większość rytuałów dnia, więc jesteśmy ciągle na świeżym powietrzu, zanim zrobi się na tyle chłodno, żeby zejść na
podwórze.
- pranie schnie w 2h;
- Mały Książę może taplać się w wodzie, a jak się zmoczy, to nie ma problemu z przebieraniem;
- kiczowate piękno – gdzie się da tam jest jakaś ozdoba, kwiat, ornament: butelka z wodą powstrzymująca drzwi przed zatrzaśnięciem pełna sztucznych kwiatów, pralka okryta falbaniastą narzutą, meble z zawijasami, na ścianach domów ptaszki, w galeriach handlowych na podłoga płytki z orientalnym wzorem;
Fot. narzuta na pralkę

- duże opakowania – jak już robić zakupy to: 32 rolki papieru w zgrzewce, 10l wody w butli, 5 kg makarony w worze, 550ml szamponu itp., wszystko jest przewidziane na potrzeby dużych rodzin i nie trzeba jechać do Makro, wystarczy wstąpić do sklepu za rogiem.

Fot. 5kg makaronu i 5l wody



piątek, 3 sierpnia 2018

Kurdyjska przygoda – cz. III Czego tutaj mi brakuje?

Czasem łapię się na tym, że myślę, jak coś by mi się przydało i szkoda, że tego nie wzięłam z Polski lub mam za mało. Zamieszczę tutaj listę z komentarzem, a w innym wpisie zajmę się tym, co najbardziej tutaj lubię. Prawdopodobnie będę rozwijać tę listę w miarę pobytu:
- herbatka z lipy/czarnego bzu – podobno działa przeciwgorączkowo i jak zawiodą zimne okłady, a nie chce się za szybko podawać cudownego syropu z sorbitolem itp., zawsze można spróbować takie ziółka, ale nie zdążyłam ich zakupić i też myślałam, że przecież w takim gorącu, żądna gorączką nam nie grozi (zapomniałam o ząbkowaniu i zatruciach pokarmowych...);
- siemię lniane, płatki owsiane, kasza jaglana, ryż brązowy, olej kokosowy – wieść gminna niesie, że są takie rzeczy tutaj, ale do tej pory na szybkich zakupach nie znalazłam, na szczęście zapasy z Polski się jeszcze nie skończyły;
- słoiczki dla dzieci z mięsem ryby – to dopiero masakra, większość gerberopodobnych produktów składa się z samych owoców (a owoców tutaj cały rok pod dostatkiem), a jeżeli mają coś z mięsem to tylko z kurczakiem. Ogólnie takich rzeczy dziecku nie podaję w Polsce, ale tutaj nie mam zaufania ani wiedzy nt. ryb;
- kosze na segregację, zbieranie odpadków na kompost i wody do podlania ogrodu – często łapię się na tym, że oddzielam plastik od papieru, a potem myślę sobie – „Po co? I tak nie mam, gdzie tego wyrzucić...”, załamuję się jak resztki jedzenia (a jest ich sporo szczególnie z obieranych warzyw) nie są zawsze zbierane jako nawóz do pobliskiego ogródka albo dla kur, a najgorzej jak widzę, że nie zlewa się wody z każdego płukania jedzenia, gdy tutaj jest tak sucho, że bywają ograniczenia w dostawie, samej jest mi trudno coś zdziałać, a mąż twierdzi, że starszych jest trudno przekonać do zmian;
- rzeczy nadające się do zabawy – nie jestem zwolennikiem zbyt wielu zabawek dla dzieci, ale też całkowity brak stymulatorów nie jest dobry dla rozwoju, a ze względu na dużą ilość prezentów w bagażu, nie było wystarczająco miejsca na tego typu rzeczy Małego Księcia i niestety tutejsze dzieci nie mają się też czym podzielić, a rodzina to minimaliści, więc zbędnych garnków, pacek, kubeczków itp. prawie brak, ale znalazł się nieużywany malakser;
- olejek wanilinowy – podobno odstrasza komary, a tutaj nie mogę nigdzie znaleźć;
- gniazdka elektryczne - teściowie mają w pokojach zazwyczaj po 1 gniazdu, więc albo ładuję telefon, albo włączam klimę (jest rozdzielacz, ale nie zawsze chce mi się go szukać i wypinać inne podłączone rzeczy);
- Internet – (powinien być na pierwszym miejscu) na szczęście jak już doładujemy telefon to zasięg jest dobry, ale jego cena budzi zastrzeżenia, do tego Duży Książę myślał, że nie da się dokupić MB przed upływem okresy rozliczeniowego, ale na szczęście okazało się to nieprawdą;
- półka lub stół – często karmię Małego Księcia w różnych pomieszczaniach i jeżeli np. potrzebuję coś donieść do zjedzenia, to muszę najczęściej wziąć ze sobą talerz, bo nie mam go gdzie położyć, żeby dziecko nie dosięgnęło, a z laptopa korzystam trzymając do na walizce...

Fot. drzewo z pistacjami ;)



niedziela, 29 lipca 2018

Kurdyjska przygoda – cz. III Rytuały

Odkąd tu jesteśmy zdążyłam być na weselu w związku ze ślubem i obrzezaniem oraz dowiedzieć się jak przebiegają uroczystości pogrzebowe. Śluby zazwyczaj trwają 2 dni. Rozpoczynają się około 16,  a kończą ok. 23. Czasem te imprezy odbywają się w różnych miejscach (np. I. dzień w miejscowości panny młodej, a II. u pana młodego). W dzień henny panna młoda jest ubrana w kolorową suknię, na drugi dzień w białą. W pierwszy dzień robi się właśnie hennę na dłoniach kobiet (kulkę papki trzyma się w ręce przez jakiś czas), a w drugi nie kojarzę niczego charakterystycznego. W tym roku ponieważ jest głośna muzyka, to przyszłam tylko na chwilę z Małym Księciem. Mój mąż zniknął gdzieś z facetami (w sensie musieli sobie dodać odwagi, żeby nie wstydzić się zatańczyć w kółeczku), a ja po zrobieniu zdjęć i filmików zawinęłam się do domu. 
Byłam już na kilku weselach w różnych miejscach i stwierdzam, że wszędzie wygląda to tak samo: muzyka orkiestry z tymi samymi utworami, bębny, pierwszy taniec po wyjściu z samochodu (para młoda przybywa w trakcie imprezy), tańczenie w wężyku – chyba używają 3 warianty przestawiania nóg, jedzenie (bulgur/ryż, tzatzyki, mięso wołowe, warzywa duszone/fasole, chleb, woda), fajerwerki, strzały z pistoletu, straganiki sprzedające zabawki dla dzieci, rozdawana woda i herbata, zbiórka kasy/złota przy wejściu, obwieszanie złotem państwa młodych przez rodzinę. Najbliżsi ubrani są bardzo elegancko. Szczególnie dziewczyny odziane w długie suknie (bardzo niepraktyczne na ubitej ziemi czy trawie) prezentują się jak księżniczki. 
Do tego stopnia ich sposób weselenia się jest jednakowy, że jak byłam tym razem w ładnym ogrodzie przystosowanym do tego typu imprez, to dopiero gdy zaszło słońce i nie przybyli „młodzi” zapytałam męża co jest grane i okazało się, że ten „düğün” (wesele) odbywa się z okazji obrzezania, a świętujący chłopak ubrany był jak Alladyn (myślałam, że rodzice tak go folklorystycznie ubrali na wesele, jak czasem u nas dzieci są w góralskich strojach). Dziwiłam się też, gdy obsługa przyniosła taki tron do noszenia – jak sobie dadzą radę z 2 dorosłych osób, zwłaszcza, że ostatnio panna młoda ważyła pewnie 2x tyle co ja... Kiedy zrobiło się ciemno okazało się, że na tym tronie kelnerzy przenieśli dookoła placu tego chłopaka z jakąś dziewczynką (pewnie siostrą) w towarzystwie romantycznej muzyki, strzałów z pistoletu, zimnych i sztucznych ogni i korowodu gości. Jeszcze jedną różnicą jest to, że to obrzezaniowe weselenie trwa 1 dzień.
Byłam też pod wrażeniem jakości obsługi, bo kelnerzy dosłownie biegali, żeby rozdystrybuować chyba 500 gościom ciepłe jedzenie. Tutaj też nie było problemu, że siedziałam przy jednym stoliku z mężem i jego kolegą.
Do tej pory na „klepiskowych” imprezach to goście wzajemnie się obsługiwali i mężczyźni jedli pierwsi, bo było za mało miejsca. Pewnie brzmi to oburzająco, ale uzasadnienie jest proste, to faceci noszą te stoły i krzesła, więc się bardziej zmęczą i muszą najeść, żeby potem obsługiwać kobiety i mieć siłę posprzątać, a czemu nie siedzą przy tych stołach z żonami? Żeby nie było problemu, że będzie z jednej strony taka kobieta siedzieć obok obcego mężczyzny, a ten np. może na nią źle spojrzeć i przynieść pecha...
Oni mocno wierzą w takie rzeczy. Jak przyjechaliśmy obsypali nas dookoła solą, dali złote oko proroka, żeby chroniło Małego Księcia właśnie przed złym spojrzeniem, a teściu nas ostrzegał, żebyśmy nie chodzili za bardzo w miejsca publiczne. ;)
Odkąd jestem tutaj dłuższy czas, to rozumiem, dlaczego wszyscy tak z utęsknieniem czekają na wesele, pomimo że wszystkie wyglądają tak samo. To jedyna rozrywka i motywacja do ładnego ubrania się dla lokalnej społeczności. A może też szansa na spotkanie i zatańczenie (oczywiście w wężyku) ze swoją sympatią, co byłoby nie do pomyślenia w innych okolicznościach. Ciekawostką jest to, że książęta i księżniczki jedzą przy długich stołach osobo, ale tańczą obok siebie. ;)



Jeżeli chodzi o rytuały pogrzebowe, to chowa się zmarłego do ziemi (nie ma mowy o spaleniu), dość szybko po zgłoszeniu zgonu, podobno owiniętego w białe bandaże – dokładnie nie wiem, bo ze względu na odległość zostałam w domu, ale mąż też nie był przy pochówku tylko później, ponieważ przez kolejne 5 dni zjeżdża się rodzina i płaczą w domu zmarłego. Podobno biją siebie, żeby się tak umartwić. Mąż twierdzi, że tym razem przyjechało 2000 osób. Trudno mi to potwierdził, bo mój Książę ma czasem skłonności do przesady, ale faktycznie nawet obok nas parkowało sporo osób ze Stambułu czy nawet Francji.
Niestety zmarła osierociła 2 niedorosłych dzieci. Rak staje się tutaj coraz bardziej powszechny. Myślę, że bierne palenie, plastik wyrzucany do ziemi, monotonne jedzenie, chowanie się przed promieniami słonecznymi czyli naturalna witaminą D3 nie są obojętne.
Ze względu na stan zdrowia tej Cioci, siostra wujeczna mojego męża przeniosła ślub o miesiąc wcześniej i ani my ani jej brat nie zdążyliśmy na nim być (lot mieliśmy zaplanowany na 4 dni później, ale nie było już w późniejszy termin wolnej orkiestry), a faktycznie Ciocia zmarła tydzień przed pierwotnie planowaną imprezą, a żałoba trwa tutaj 40 dni. :(
Niedawno zmarł sąsiad. Pierwszy raz słyszałam zawodzenie kobiet i widziałam korowód mężczyzn idących za samochodem z trumną. Dziwne przeżycie. 

sobota, 28 lipca 2018

Kurdyjska przygoda – cz. II Jesteśmy!

Po przylocie trafiły nam się 40st upały, więc nawet ja z moją wysoką temperaturową tolerancją potrzebowałam tygodnia na za-klimatyzowanie się. Duży Książę tęsknił za Polską po 4 dniach, a Mały Książę raczej jeszcze nie wie co to tęsknota i nawet szybko się przestawił.
Na początku wszyscy przychodzili nas zobaczyć, tak jakbyśmy mieli zaraz wracać, a nie siedzieć 3 miesiące. Niby rozumiem, bo nie widzieli mojego męża prawie rok, a dziecka w ogóle, ale wolałabym mieć na początku chwilę wytchnienia, zwłaszcza że Mały Książę musiał przyzwyczaić się do tych „tłumów” i dźwięków dzieci, bo u nas we dworze jest pusto, cicho i spokojnie.
Ja zaliczyłam 9-dniowy internetowy odwyk, z małymi przerwami na pożyczony od szwagierki net, żeby tylko dać znać rodzinie, że żyjemy, ale to chyba za krótko, żeby się odzwyczaić. Za to uczę się oszczędzać MB, bo 8GB internetu kosztuje tutaj 50zł i dzielimy go z siostrą za użyczenie karty SIM, bo w Turcji rejestracja nowej karty jest dość droga. ;)
Zaczęłam czytać zgromadzone kiedyś ebooki, oglądać ściągnięte jeszcze w Polsce webinary, słuchać kursu tureckiego. Przez te upały, kiedy Mały wreszcie zaśnie jestem padnięta i często też się kładę (na polski czas około 22, a wstaję z materaca około 7, czyli prawie z kurami, ale nie myślcie sobie, że śpię 9h... Mały Książę jeszcze lubi sobie podjeść w nocy, do tego przed zaśnięciem czytam, a budzę się wcześnie, bo mamy okno od wschodu, tylko nie ruszam się za bardzo, żeby dziecko jeszcze sobie spokojnie pospało).
Trzy razy udało się nam spać na tarasie. Jak wcześniej pisałam najpierw Małego pogryzły komary, więc przed drugim razem wypróbowałam olejek z drzewa herbacianego (bo nie mam waniliowego), trochę pomogło, ale chyba niedokładnie go nasmarowałam. Spróbowaliśmy spać pod wielką moskitierą, ale było strasznie duszno i mnie użarł komar, jak wyszłam napić się wody... Do tego nikt tu nie słyszał o light pollution i latarnie na podwórku świecą całą noc. Próbowałam zrobić sobie cień, ale nie na wiele się to zdało i czułam się jakbym spała w pochmurny dzień... 
Przenieśliśmy się na powrót ze spaniem do pokoju. Staramy się wyłączać klimę ok. 2 w nocy, a potem otwieramy drzwi i okno (oczywiście z siatką) do 5 rano, kiedy znów trzeba włączyć klimatyzację, ze względu na wschodzące słońce.
Pewnie zastanawiacie się, jak śpi bez klimy rodzina Dużego Księcia. Gdy już zrobi się bardzo gorąco, idą na dach. Niestety z małym dzieckiem bym tam nie poszła, bo nie ma żadnego ogrodzenia, do tego pobudka wraz ze słońcem po 5. ;)
Gdy Mały drzemie w dzień to mam czas na bloga, kontakt z bliskimi. Wymyśliłam dodawanie zdjęć na dysk Google i udostępnianie samego linka znajomym, żeby raz zużyć internet i czas, zamiast każdemu wysyłać to samo. ;)
Rzadko jesteśmy w mieście, bo nie mamy tutaj własnego samochodu, a busem nie jest za wygodnie jechać z dzieckiem, do tego chyba w późniejszych porach, gdy jest już dla nas chłodniej, nie kursują. ;) W akcie desperacji myślałam o taksówce, ale na szczęście znajdzie się czasem jakiś dobry wujek i nas podrzuci.




poniedziałek, 23 lipca 2018

Księżniczka 10 – Lady Z

Niestety spanie prawie pod gołym niebem, nie jest tym, co Księżniczki lubią najbardziej. Po piątej trzeba było przenieść się do klimy, a Małego Księcia pogryzły chyba komary (mam nadzieję, że nie coś innego). Ale muszę przyznać, że moje górne drogi oddechowe czują się dużo lepiej.
Powracam do Księżniczek, bo temat w letnim sezonie jest bardzo aktualny. Oprócz dzisiejszej opowieści zostały mi jeszcze 3 ściślej związane ze mną i parę związanych ze znajomymi męża.
Dziś będzie o jednym z nich. Kiedy go pierwszy raz spotkałam w hotelu, książę innoimienny mówił po angielsku tylko „Hello, how are you?”, a teraz myślę, że włada lepszą angielszczyznę od mojego męża. A to za sprawą pewnej Angielki o nietypowo angielskiej urodzie i imieniu – Zoe.
Poznali się oczywiście w restauracji zaraz po moim sezonie, kiedy team męża opuszczał „nasz” hotel po moim odlocie. Teraz do mnie doszło, że jakby przeze mnie powstały 2 związki, w tym 1 zakończony ślubem. ;) Początki relacji księżniczki i księcia była bardzo gorące i publiczne. Zamieszczali na Fb zdjęcia po wspólnie spędzonej nocy, kolacji przy świecach itp. Trzeba przyznać, że książęta doskonale wiedzą jak być romantycznymi.
Po wakacjach spotkali się ponownie w miejscowości, z której pochodzi mój mąż i innoimiennym. Dużym postępem było to, że oficjalnie przedstawił ją swojej rodzinie i nawet na czas pobytu z nim zamieszkała. Mój mąż miał okazję się z nimi zobaczyć, a ja poznać ją później przez Skype. Pasowali do siebie. Ona niewysoka, pełna na twarzy, z dołeczkami w policzkach, on dość niski jak na faceta i ze zniewalającym uśmiechem.
Weronika (Księżniczka nr 9) powiedziała mi, że zaraz po odlocie Zoe, innoimienny zdradził ją z jakąś turystką, ale się o tym nie dowiedziała. Oczywiście lojalni przyjaciele milczeli i nie znalazł się nikt, kto życzliwie by doniósł. Ale wiem też, że przy takim zakochaniu nawet twarde dowody nie przemawiają do rozumu, o czym napiszę przy okazji kolejnych księżniczek.
W następnym sezonie Księżniczka przeprowadziła się do księcia na Cypr i nawet miała tam pracować, ale coraz gorzej się dogadywali. Z jego strony uczucie wygasło, podrywał w pracy turystki, przestał szanować Zoe. Wróciła więc do domu, chociaż wiem, że bardzo była zakochana.
Nasuwa się pytanie, dlaczego ja nie powiedziałam o zdradzie? Po pierwsze rozmawiałyśmy pierwszy raz rok po fakcie, po drugie nie miałam żadnych dowodów, po trzecie może jakbym widziała, że dojdzie do czegoś poważnego między niby poprosiłabym Dominikę o interwencję. 
A dlaczego tego księcia nazwałam „innoimiennym”? Każdemu staram się nadać pseudonim związanym z zawodem, albo z czymś charakterystycznym. Zmieniam również dane Księżniczek i lekko przeinaczam fakty, ponieważ w większości to moje znajome i nie chcę, żeby ktoś domyślił się o kogo chodzi.
W tym przypadku chodzi o to, że wysyłaliśmy naszemu wspólnemu znajomemu za pośrednictwem WU pieniądze korzystając z dowodu osobistego księcia. Podczas wpisywania danych do formularza nie zgadzała mi się 1 litera imienia. Sprawdziliśmy z mężem na Fb. Nic się nie wyjaśniło, więc zadzwoniliśmy i faktycznie okazało się, że oryginalne imię różni się 1 literą. ;)
Prawdę mówiąc mój Książę używa na co dzień drugie imienia. Znajomi patrząc na oficjalne zaproszenie z USC pytali mnie, o kogo chodzi, a do tej pory, gdy policja sprawdza nas w ramach przedłużania pobytu ludzie mówią, że nie znają tej osoby... ;p
Więc nie tylko oszukują przy datach urodzenia, ale również przy imionach. Tacy już są nasi książęta...



środa, 18 lipca 2018

Kurdyjska przygoda - cz. I Przybywamy!

Zbliża się północ. To dla mnie najlepszy czas na tworzenie. Siedzę oczywiście po turecku na tarasie mojego drugiego domu. Jest bardzo ciepło. Cykady głośno cykają. Czasem w oddali zaszczeka bezpański pies i przejedzie samochód. Jedynie latarnie na działce (nie przy drodze?!) zaburzają sielskość tej letniej nocy i snu. Tak, właśnie dziś czeka mnie pierwsza noc prawie pod gołym niebem. Ostatnia próba zakończyła się powrotem do klimatyzowanego pokoju. ;) Klimatyzację ustawiam na 29-30 st. C, żeby nie było zbyt dużego szoku, a i tak czuję ulgę. :D

Dłuższy czas nic nie publikowałam, ponieważ przygotowywałam się do 3-miesięcznego wyjazdu z moimi Książętami do naszej kurdyjskiej rodziny, w celu załatwienia dokumentów mojego męża. Zakupy dla dziecka, zamawianie prezentów, animacyjne fuchy zajęły mi sporo czasu. Przygotowania zaczęłam już w marcu rezerwacją biletów, a zaraz po Wielkanocy zakupem promocyjnych czekolad. W sumie przywieźliśmy 9 kg słodyczy, które rozeszły się w pierwszych dniach. Oprócz tego wieźliśmy 7-kg basen ogrodowy, który do tej pory zastał tylko raz użyty i to nie w pełni, bo dzieci są do niego za małe, ale i tak miały mega radochę i żałuję, że tego nie nagrałam... Na szczęście istnieją worki próżniowe (zassaliśmy w nich 2 zimowe kurtki dla braci, dziecięce ciuszki na prezent i pieluszki wielorazowe Małego Księcia) i na infanta przypadało 10 kg bagażu, więc udało się nam z tym wszystkim dolecieć. Mieliśmy 2 duże walizy i jedną małą na kółkach, 2 plecaki i miękką torbę przez ramię jako bagaż podręczny.

Nie obyło się bez przygód typu brak biletu Małego Księcia, który dotarł na mojego gmaila z opóźnieniem i nie wydrukowałam go, ponieważ myślałam, że tak ja na odprawie elektronicznej infant siedzący na moich kolanach jest wliczony w mój bilet. Pan celnik był uważny i udało się dostać na pokład skanując bilet z telefonu, chociaż prawdopodobnie podwójne skanowanie mojego biletu też by przeszło. Małemu Księciu bardzo podobało się na pokładzie, a ponieważ loty były po południu to po odpowiedniej dawce mojego mleka przespał je.

Niestety w związku z tym, że wioska mojego Dużego Księcia znajduje się ponad 1000 km od Stambułu czy Ankary, musimy się przesiadać, a na dodatek loty do najbliższych miejscowości są tak rzadkie, że musieliśmy zanocować. Na szczęście nocleg zapewniła nam rodzina, tylko kuzyn zapomniał nam powiedzieć (rozmawiał wieczorem poprzedniego dnia z mężem), że zmienili nieco adres (ale blisko). Potem się dowiedziałam, że kuzyn jest lekko upośledzony, no ale trudno się dziwić, skoro oni mają w zwyczaju żenić się ze swoją rodziną i jego rodzice są kuzynami...
Dojazdy z/na lotnisko kosztowały nas ponad 100 lirów, trasy z naszej miejscowości do Warszawy nawet nie wspominam. Bilety lotnicze ok. 3000 zł. Wartość prezentów chcę zapomnieć. Ale czego się nie robi dla rodziny. :D

Jeżeli chodzi o linie lotnicze, to Lot jest tańszy od TurkishAirlines, a na miejscu (chociaż z innego lotniska) taniej jest lecieć Pegasusem albo AnadoluJet. Są też inne linie, ale te akurat lecą w okolice Dużego Księcia.