Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurdowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurdowie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 września 2018

Kurdyjska przygoda – cz. X Moda

Turcja słynie z tekstyliów. Pamiętam jak moje babcie oprócz dywanów przywoziły mi tureckie dresiki. Do tej pory większość ubrań produkowana jest na miejscu. Ale nie chcę rozpisywać się na temat bazarów ani podróbek, tylko skupię się na codziennej modzie.

Jak pisałam wcześniej kobiety alewi nie noszą chust ani burek itp., ale starsze pani zakrywają siwiznę, odrosty i nieuczesanie chustkami, tak jak niektóre babcie u nas na wsiach. Jednak w razie niezałożenia chustki nikt nie czuje się zbulwersowany.
Na wsi nastolatki i młode kobiety noszą podkoszulki i specjalne szerokie spodnie, albo takie sindbadowe. Ponieważ w długich spódnicach można spotkać Cyganki i muzułmanki, to źle się tu kojarzą. Bezrękawniki i dżinsy zarezerwowane są na wycieczkę do miasta. Z resztą mężczyźni nie zakładają też nic krótkiego na wsi, chyba że ktoś młody wraca z bardziej cywilizowanego zakątka i nie patrząc na opinie innych ubiera rybaczki. Starsi panowie chodzą bardzo elegancko odziani. Obowiązkowo koszula z długim rękawem, kamizelka i materiałowe spodnie z krokiem w kolanie.
Jeżeli chodzi o dzieci to jest większy luz. Widziałam małe dziewczynki w ślicznych, wzorzystych materiałowych spodniach a'la sindbady, ale też w krótkich dżinsowych szortach. Chłopaki biegają w podkoszulkach i krótkich spodenkach. Kolorowo i bajkowo. Prawie jak u nas. A do szkoły dzieci chodzą w uniformach.
Z butami nie ma problemu. Klapki, japonki, sandały do wybory do koloru oraz eleganckich butów pod dostatkiem w przystępnych cenach i atrakcyjnych wzorach.

Tutaj można zaopatrzyć się w piękne, długie suknie w przystępnych cenach – bo popyt duży. Na każdą okazję typu zaręczyny, 2dniowy ślub, obrzezanie najbliższa rodzina (a szczególnie kobiety) stroją się jak księżniczki. Zdarza się, że towarzyszący im mężczyzna zakłada dżinsy i koszulkę polo, ale jak musi być elegancki, to jest najczęściej w koszuli, kamizelce i spodniach od garnituru. Za to dziewczynki wyglądają jak na wyborach amerykańskich małych miss. Chłopaki pewnie z racji charakteru rzadziej są w garniturkach i jak zakładałam Małemu Księciu koszulę na wesela, to Duży Książę krzywił się, że to nie w ich stylu. Raz nawet mały wylał na siebie wodę i musiałam przebrać go w t-shirt, z czego mój mąż bardzo się cieszył. :D

Przy okazji ostrzegam przed bazarowymi ciuszkami dla dzieci. Zdarza się, że zrobione są z kiepskiej, źle przepuszczającej powietrze bawełny i bardzo farbują. Bezwzględnie trzeba je wyprać przed użyciem i to ze 2 razy. Ale ubranka z sieciówek mają bardzo dobrą jakość, krój, materiał i wzory. Do tego są przystępne cenowo.

Ogólnie bardzo podoba mi się ich styl ubierania. Wbrew pozorom nie jest kiczowaty, ale elegancki. Dziewczyny potrafią się też wymalować i uczesać.


Fot. Sieciówka DeFacto

niedziela, 23 września 2018

Kurdyjska przygoda – cz. IX Dziwne zwyczaje

Jedną z przestróg przed mieszanymi związkami z książętami są różnice kulturowe. Czy faktycznie tak wiele się różnimy? Zobaczmy:

- Pierwsze, o co każdy pyta, to traktowanie kobiet. Jak pisałam wcześniej wyznawczynie alewi nie noszą chust, ani nie muszą zakrywać się od szyi po kostki. Ogólnie rzecz biorąc życie tutaj przypomina mi wczesne lata 90te z odrobiną nowoczesnych technologii. Na wsi faceci są od myślenia i ciężkich prac fizycznych, a kobity od robót domowych i wsparcia na roli. W mieście sytuacja wygląda nieco inaczej, bo kobiety pracują w bankach, sklepach, urzędach. Obalam też stereotyp, jakoby mężczyźni nie zajmowali się swoimi małymi dziećmi. Noszą, karmią, bawią się. Brat męża, jako że nie ma pracy, siedzi z 2 letnią córką, sprząta, gotuje (i to pysznie), a żona pracuje w szpitalu jako pielęgniarka. Jedynie, faktycznie w pierwszej kolejności myśli się o tym, żeby to mężczyzna (ale ten starszy) miał gdzie usiąść jako pierwszy. Ale np. moja młoda szwagierka jest bardzo pyskata i buntuje się, gdy ciągle coś od niej chcą. Do tego jest zła na śluby między rodziną, bo ma po 4 palce u stóp. Poza tym nie krępuje się pogadać o okresie, a wydaje mi się, że w jej wieku był to dla mnie temat tabu, więc mam tutaj do czynienia z postępowymi dziewczynami. ;)
- Całowanie w rękę nie tylko kobiet. Ten zwyczaj mnie najbardziej śmieszy i przypomina starodawne czasy, o których czytałam w książkach. Najczęściej całuje się dłoń starszych osób i przykłada ją potem do czoła. Ja się wyłamuję z tego zwyczaju, ale można na tym zyskać, bo w święta powinno się dostać po tym kasę. ;) Do tego jeżeli chodzi o powitania, to zazwyczaj całuje się 2 razy w policzki i przytula 2 razy na skos. Nawet faceci, którzy żyją w dobrych relacjach witają się przykładając sobie boki czół do siebie też 2 razy.
- Całowanie w policzek cudzych dzieci. U nas też to się zdarza, ale tutaj to jest nagminne. Myślałam, że może dlatego, że większość osób jest jakoś spokrewniona i żyją w bliskich relacjach, ale koleżanka wysłała mi turecki plakat z małym wyszminkowanym dzieckiem z hasłem „Nie całuj mnie!”. Mnie to bardzo denerwuje i potem myję buzię Małego Księcia. Do tego często szczypie się pieszczotliwie dzieci w policzek, czasem nawet mocno.
- Mało dbają o higienę. Niestety muszę to napisać i nie dotyczy to tylko wsi, chociaż wiem, że w polskich wioska jest podobnie (koleżanka jak się przeprowadziła poza miasto, to się zdziwiła, że tylko w soboty wieczorem są problemy z dostępnością wody). Jak pracowałam w hotelu, to niektórzy tureccy animatorzy mając dostęp do darmowej wody, środków czystości i pralki potrafili się długo nie myć i nie prać i niestety od nich śmierdziało. Oczywiście to nie reguła (mój mąż się wyłamał – nawet rzucił raz pracę, bo współpracownicy się nie myli), ale od czegoś się wzięło, że „turkish shower” to spryskiwanie się z góry do dołu perfumami zamiast wodą z mydłem. Z drugiej zaś strony przy odwiedzinach zawsze udostępniają wodę kolońską do obmycia dłoni. Żeby usprawiedliwić wieś dodam, że zdarzały się tutaj przerwy w dostępie wody. Teraz jest z tym lepiej, ale stare nawyki ciężko zmienić. ;)
- Wiadro zamiast prysznica. Jak już jestem przy temacie mycia, to ciekawe jest, że mając nowoczesną łazienkę, nadal jak za dawnych czasów myją się nalewając wodę do wiadra i polewając się z małej miseczki. Wiem to dlatego, że jak ja biorę normalny prysznic (one są tutaj zazwyczaj bezkabinowe), to jest dużo mniejszy rozrzut wody. No i widzę, że wiadro było używane. ;)
- Panuje tutaj duży kult złota. Na ślub, z okazji urodzin, obrzezania dostaje się złoto. Zamężna kobieta chodzi cała w złotych ozdobach. Dzieci dla odegnania „złego spojrzenia” mają złote monety przypięte do bluzek. Fajny zwyczaj, jak się dostaje. ;)
- Nazar - oko proroka. W domach, żeby odegnać „złe spojrzenie” wieszają takie dziwne i raczej brzydkie ozdoby z okiem proroka i to nie tylko na wsi. Nawet w pięknych, nowocześnie umeblowanych mieszkaniach, ale faktycznie jak ktoś zobaczy takie bogactwo, a potem spojrzy na to dziwo, to nie pozazdrości. ;)
- Dla odegnania zła posypują człowieka dookoła solą. Fajnie, bo sól zabija bakterie i odgania mrówki.
- Na wsi raz na jakiś czas jeździ samochód rozpylający coś, co zabija muchy. W pobliskim mieście podobno codziennie tak robią. Jeden pan ze Stambułu nie wiedział, co to i wziął łyk takiego zadymionego powietrza, a podobno to strasznie śmierdzi i aż zwymiotował... Ja jak przyjeżdżają siedzę zamknięta z dzieckiem w pokoju. Nawet pranie wcześniej zbieramy. Oczywiście nikt nigdy nie wie, kiedy dokładnie ten syf będzie rozpylany.
- Tego roku miałam nikłą przyjemność zobaczenia na czym polega Kurbam bayrami. To taka jakby wigilia, tylko zamiast karpia zabija się kózki i to nawet w miejskich ogródkach pod balkonami. Świętuję się tym niezabicie Izaaka przez Abrahama. Problem polega na tym, że te zwierzęta potrafią być przewożone w bagażnikach samochodów osobowych, a niezjadane resztki zamiast do kontenerów wyrzucane są w pole i przez dłużysz czas nie da się spokojnie spacerować po okolicy.
- Chleb do makaronu. To prawda, chleb tutaj je się ze wszystkim – arbuzem, makaronem, ryżem i nawet bulgurem! Małym dzieciom drobi się chleb do jogurtu. Niektórym już trzeba wprowadzać dietę bezglutenową. Niestety mieszanka bezglutenowa do wypieku chleba ze znanego marketu na bazie mąki ryżowej ma dodatek cukru i oleju palmowego.
- Są bardzo głośni. Czasem nie wiem kiedy się kłócą, a kiedy normalnie rozmawiają. Na początku Mały Książę nie mógł zasnąć w dzień przez hałasy z zewnątrz, ale teraz się przyzwyczaił, chociaż nadal nie przebije tutejszych dzieci, koło których można normalnie mówić jak śpią.
- Nic nie planują. Może to zbyt duże uogólnienie, ale tutaj nawet nie ma zegarka w domu. Czas sprawdzam na telefonie. Ale pomimo chaosu wszystko ma swoją stałą porę. Złapałam się na tym, że jak sprawdzałam po kolacji zegarek, to wskazywał mniej więcej tę samą godzinę. Nie wiem też jak moja niepiśmienna teściowa to robiła, że wiedziała, że musi obudzić mojego Księcia, jak miał rano załatwienia w mieście i nie nastawiał budzika, żeby nie obudzić dziecka.
- Jeżdżą jak wariaci, w więcej osób niż przewiduje producent, bez fotelików dla dzieci. Ma to też dobre strony, bo jeździmy 1 samochodem z rodziną szwagierki i się mieścimy. :D
- Śmiecą i nie dbają o środowisko. Ich eko-świadomość jest na takim poziomie, że ostatnio widziałam w „kompoście” rozbitą żarówkę energooszczędną (tą z rtęcią), kury jedzące wyrzucony styropian i plastik (butelki, worki, nakrętki) w ogrodzie, a potem mówią, że jedzą „organik” winogrona, bo nie ze sklepu.
- Edukacja jest na niskim poziomie. Nawet po studiach nie są zbyt bystrzy. Z językiem obcym też kiepsko mimo zaawansowanych podręczników. W niewielu domach widziałam książki, a wątpię, żeby korzystali z e-booków. Do tego stopnia nie ogarniają, że jak już się nauczą jakiegoś języka na emigracji, to mówią do mnie w nim, mimo że ja się go nigdy w życiu nie uczyłam i więcej rozumiem po turecku o czym oczywiście im mówiłam...
- Śpią na dachu, albo w przyczepie od traktora, śpią całymi rodzinami w jednym pokoju. Kiedyś wieczorem zadzwoniłam do ówczesnego mojego narzeczonego, a on na to, że nie możemy rozmawiać, bo tato śpi. Okazało się, że w zimie w tym pokoju, w którym rezydował mój Książę jest najcieplej, a że teściu chory, to wolał z nim spać niż z żoną. ;) Teraz mając do dyspozycji 2 pokoje (w pozostałych dwóch jest graciarnia, ale na upartego można spać) śpią we trójkę z 16letnią córką w 1 pokoju. Kiedy pierwszy raz tutaj przybyłam mój ówczesny chłopak stwierdził, że może będę spać w 1 pokoju z siostrą, ale rodzice okazali się bardziej postępowi i przygotowali nam pokój razem. ;)

W moim odczuciu nie różnimy się aż tak, żeby nie dało się tego zaakceptować. Do tego mój Książę kilka lat spędził w dużych miastach, wśród Europejczyków i poznał inne życie. Na pewno byłoby mi lepiej ze zrozumieć co się dzieje, co będziemy robić, gdybym znała dobrze język. Oni są dla mnie bardzo mili i pomocni na tyle na, ile jesteśmy w stanie się dogadać.


niedziela, 16 września 2018

Kurdyjska przygoda – cz. VIII Moja druga rodzina

Zabrałam się za wypisywanie różnic kulturowych, które tutaj zaobserwowałam, ale stwierdziłam, że łatwiej będzie to zrozumieć, kiedy wcześniej opiszę moją tutejszą rodzinę. Wioska, z której pochodzą znajduje się w centralno-wschodniej części Turcji, 13 km od ponad 250tyś miasta. Zamieszkują ją wyłącznie Kurdowie wyznania alewi, czyli wierzą w Allaha, ale ich prorokiem jest Ali, nie Mahomet. Nie ma tutaj meczetu ani innych oznak jakiegokolwiek kultu. Nikt się tutaj nie modli, nie jeździ do meczetu ani Mekki i Medyny, a kobiety nie chodzą w chustach, jedynie noszą dłuższe spodnie, ale jest to związane bardziej z konserwatywnością wioski niż religią. Gdy wyjeżdżają nad morze, normalnie chodzą w szortach. Z resztą tutaj wielką sensacjo-fanaberią są okulary przeciwsłoneczne...
W okolicy wioski można spotkać specjalne domki zbudowane nad pochowanymi głęboko w ziemi wyjątkowymi zmarłymi, z miejscami do siedzenia na zewnątrz. Ludzie przyjeżdżają tam, organizują pikniki, grillują, piją herbatkę. Oddają cześć zmarłym trzy razy całując taki specyficzny różaniec i przykładając go do czoła. W razie osobistych problemów - zdrowotnych, prokreacyjnych, też tam jeżdżą prosić o pomoc. Odwiedziliśmy też raz takie obszerne miejsce do grillowania, z ławami, toaletami, placami zabaw w sąsiedztwie - cmentarza, na którym było bardzo mało nagrobków.

Fot. wnętrze domku zmarłych

Z tego co się zorientowałam muzułmanie nie lubią alewi, tak samo jak Turcy Kurdów. Nawet muzułmańscy Kurdowie nie przepadają za swoimi rodakami innowiercami. Jeden taki tłumaczył mi co to za głupi odłam, bo jak można nie chodzić do meczetu tylko dlatego, że prorok Ali został tam zamordowany. Za to inny Kurd ateista pochodzący z muzułmańskiego domu powiedział mi, że Kudrowie alewi to dobrzy ludzie i to prawda.
Mój mąż ma 4 rodzeństwa. W zapisach USC widnieje jeszcze jedna „najstarsza” siostra, którą nigdy nie istniała, a zarejestrowano ją, aby pierwszy syn później poszedł do wojska. Na ile można wierzyć zapisom w urzędzie najstarszy brat jest koło 40stki, drugi koło 30stki, jedna siostra ma ponad 35 lat, a druga 16. Duży rozstrzał, ale tutaj to nic niezwykłego. Teściu jest jakieś 6 lat młodszy od teściowej i od 26 lat nic nie robi z powodu udaru mózgu, ale jest sprawny, tylko nie wolno mu się wysilać. Odkąd tu jestem kilka razy jechał do szpitala z powodu złego samopoczucia. Bezskutecznie próbuje rzucić palenie. Ma problemy z zasypianiem i późno wstaje, powoli chodzi, ale rozmawia normalnie, grywa w karty i nawet mnie ogrywał w Remika. Ma duże poczucie humory i bardzo pozytywny charakter. Jego żona wszystkim się za bardzo przejmuje, ale to wspaniała, pracowita kobieta. Nigdy nie chodziła do szkoły, nie umie czytać, ani pisać i mówi tylko po kurdyjsku (zna trochę tureckich słów, ale np. nie umie poprawnie wymówić „dobranoc”). 
Teściowa ma ok. 65 lat i sprawuje opiekę nad swoją ok. 87letnią teściową, która prawie nie chodzi, nie rozpoznaje rodziny, ale jest w stanie w miarę sama jeść i pić – czasem ktoś dla towarzystwa ją nakarmi. Dzięki temu mają pieniądze z emerytury babci i mamy, bo tata nie dostaje żadnej renty i dopiero czeka na wiek emerytalny. Na szczęście mają dużo pola i uprawiają tytoń. Kiedyś posiadali stację benzynową i taką kawiarnię z grą OK, ale z powodu nieoddanych przez klientów długów musieli sprzedać oba biznesy.
Wszyscy oprócz najmłodszej córki i mojego męża związali się z kimś z dalszej lub bliższej rodziny. Z resztą teściowie też są kuzynami. Na początku w głowie mi się to nie mieściło, ale już przywykłam. Wynikają z tego różne problemy, czy to z rozwojem dzieci, czy z ilością palców, czy też ogólnie z prokreacją – matka natura się broni, ale majątek pozostaje w rodzinie...
W domu za ścianą mieszka brat taty lat 55, który spłodził 5 córek i 1 syna, którego wysłali do Francji i tam ożenił się z Kurdyjką. 3 córki są już wydane za mąż, najstarsza za najstarszego brata mojego męża... Druga mieszka w Stambule i zajmuje się 2 małymi synkami, a mąż (jakimś cudem nie z rodziny) prowadzi sklep z alkoholem. Trzecia, niedawno wydana za mąż przeprowadziła się do pobliskiego miasta, wcześniej skończyła ekonomię na lokalnym Uniwersytecie, a małżonek (oczywiście kuzyn) prowadzi ze swoim ojcem biuro nieruchomości. Pozostałe 2 dziewczyny czekają na to, co im zaplanują rodzice. :D Najmłodsza kończy liceum, a starsza skończyła pielęgniarstwo.
Na lewo poniżej naszych zabudowań mieszka najmłodszy brat teścia. Niebieskooki pan przed 50stką, który wyłamał się i ożenił poza rodziną. Mają 3 córki (ok. 8, 14, 18 lat) i 1 syna (16 lat) o niebieskich oczach i mysich włosach.
Za nami, na prawo mieszkają kolejno: szwagierka z mężem (kuzynem) i synkiem, który o ile dobrze zrozumiałam powstał z inseminacji; siostra teścia z mężem; brat teściowej z żoną, córką (16 lat), synem ok.40 lat i jego żona z córkami bliźniaczkami (17mcy, też z inseminacji). W domu obok nich jest jakaś dalsza rodzina, a naprzeciwko nich córka siostry teścia, której mama (kolejna siostra teścia) zajmuje dom powyżej naszego. Tej siostrze mąż wcześnie umarł, a większość dzieci wyjechała za granicę do Francji i na Cypr.
Domy zazwyczaj mają ganki albo tarasy przystosowane do siedzenia w większej grupie, jedzenia tam i spania. Pisałam wcześniej, że w upalne lato sypiają na dachach, które są płaskie, ale jak ktoś ma małe dzieci i jest mu za gorąco na zabudowanym tarasie, to śpi z pociechami w wielkich przyczepach od traktorów. Na dachach suszy się owoce, pranie, uprawia winogrona itp. Często budynki mają kuchnie i łazienki z osobnym wejściem od zewnątrz, więc w zimie jest trochę chłodno.
We wiosce są 2 sklepiki, 1 plac zabaw z 10 drzewami szumnie nazwany parkiem, boisko, szkoła i przedszkole. Od 2 lat mają kontenery na śmieci, co i tak nie przeszkadza im nadal wyrzucać rzeczy do rowów. Ogólnie ludzie mało dbają tutaj o środowisko. Główna droga rozwidla się na 2 części i myślę, że przejście się do wszystkich 3 znaków drogowych z nazwą miejscowości zajęłoby max 30 min. ;)
Może nasuwać się pytanie, dlaczego nie uciekłam stąd od razu, jak to wszystko zobaczyłam? Odpowiedź jest prosta. W dzieciństwie jeżdżąc nad Morze Czarne zatrzymywaliśmy się u dalekiej rodziny w bułgarskiej wsi (bardzo podobnej do tej tureckiej) i pomimo braku luksusów, mam z tym miejscem wiele wspaniałych wspomnień. Do tego ludzie są tutaj na prawdę mili, ciepli i życzliwi. Takich rzeczy przez dłuższy czas nie da się udawać...

wtorek, 21 sierpnia 2018

Kurdyjska przygoda – cz. V Co mi się przydało?

Niewiele rzeczy okazało się na miejscu zbędnych, o brakach pisałam wcześniej, a tutaj może ktoś skorzysta z nietypowych propozycji szczególnie pod kątem dziecka:
- tran – nie podaję firmy, trzeba dobrze wybrać, bo można dziecku zrobić większa krzywdę ze względu na zanieczyszczenie wód morskich, ale jak na miejscu nie mam pewności co do ryb, to cieszę się, że ma skąd czerpać DHA;
- kasze, przyprawy – szczególnie przydały się zanim wybrałam się pierwszy raz do sklepu, bo mąż nie wiedziałby co kupić, a niektórych rzeczy do tej pory nie znalazłam w markecie (np. liść laurowy), do tego wydaje mi się, że jest drożej;
- maść majerankowa na katar – bardzo się sprawdziła, bo przy klimie i dywanach lubi coś z noska kapnąć;
- torby ekologiczne – chociaż trochę można zminimalizować użycie plastiku w tym kraju, do tego pakowne i wygodne do zawieszenia na rączkach wózka;
- pieluszki wielorazowe - strzał w dziesiątkę w tym klimacie, szybko schną, a pupka nie odparza się;
- nosidło – przydało się na lotnisku, tutaj stanowi rozrywkę i umożliwia użycie rąk przy jednoczesnym okiełznaniu malucha;
- woda utleniona – niestety już mi się skończyła i nie znalazłam tutaj (nad morze była) w 2 aptekach, a używam do płukania zębów i w razie kataru przydaje się do czyszczenia uszu (2 kropelki na 10 min do ucha);
- masa ebooków – książki są za ciężkie, a tutaj czasem nie ma naprawdę co robić;
- „spinka grzebyk” - mam dość długie włosy i od kucyka jest mi gorąco, warkocz się rozplątuje, a tę spinką szybko mogę ogarnąć włosy i nie boli mnie głowa od ich ciężaru, niestety nie wygląda to zbyt okazale, ale jest wygodne.

Fot. baklawa

niedziela, 12 sierpnia 2018

Kurdyjska przygoda – cz. IV Za co kocham to miejsce?

Zaczęłam od tego, czego brak mi doskwiera, więc teraz wypiszę, dlaczego tutaj wytrzymuję.
Nie chcę się zajmować banałami typu słońce i ciepło:

- widoki – wychodzę poza zabudowania i mam zapierające dech w piersiach pasma górskie, zachody słońca, łany zboża i tytoniu;
- robienie prawie wszystkiego na podłodze – śpimy na materacach, jemy na rozłożonym na podłodze obrusie, nawet w kuchni jest dywan, żeby miękko przygotowywać potrawy siedząc po turecku, deski do prasowania brak, przecież wystarczy rozłożyć na podłodze ręcznik itd.;
- jedzenie – szczególnie chałwa i baklawa, świeże i słodkie owoce, ale też inny smak kebabów, chleba, bulguru, bakłażany z ogródka i jasnozielone ogórki, ayran;
- gościnność – praktycznie co wieczór spotykają się ludzie pod domem i popijając herbatkę rozmawiają, nie ma problemów z odwiedzinami, bo każdy siada na podłodze na specjalnych poduchach,więc miejsca dużo, częstuje się tylko herbatą, a szklaneczek pod dostatkiem;
- dużo miejsca do chodzenia dla dziecka – Mały ma gdzie się przemieszać i nie nabroić, bo nie ma tutaj za dużo szafek do otwierania, do tego duży taras, na którym odbywa się większość rytuałów dnia, więc jesteśmy ciągle na świeżym powietrzu, zanim zrobi się na tyle chłodno, żeby zejść na
podwórze.
- pranie schnie w 2h;
- Mały Książę może taplać się w wodzie, a jak się zmoczy, to nie ma problemu z przebieraniem;
- kiczowate piękno – gdzie się da tam jest jakaś ozdoba, kwiat, ornament: butelka z wodą powstrzymująca drzwi przed zatrzaśnięciem pełna sztucznych kwiatów, pralka okryta falbaniastą narzutą, meble z zawijasami, na ścianach domów ptaszki, w galeriach handlowych na podłoga płytki z orientalnym wzorem;
Fot. narzuta na pralkę

- duże opakowania – jak już robić zakupy to: 32 rolki papieru w zgrzewce, 10l wody w butli, 5 kg makarony w worze, 550ml szamponu itp., wszystko jest przewidziane na potrzeby dużych rodzin i nie trzeba jechać do Makro, wystarczy wstąpić do sklepu za rogiem.

Fot. 5kg makaronu i 5l wody



piątek, 3 sierpnia 2018

Kurdyjska przygoda – cz. III Czego tutaj mi brakuje?

Czasem łapię się na tym, że myślę, jak coś by mi się przydało i szkoda, że tego nie wzięłam z Polski lub mam za mało. Zamieszczę tutaj listę z komentarzem, a w innym wpisie zajmę się tym, co najbardziej tutaj lubię. Prawdopodobnie będę rozwijać tę listę w miarę pobytu:
- herbatka z lipy/czarnego bzu – podobno działa przeciwgorączkowo i jak zawiodą zimne okłady, a nie chce się za szybko podawać cudownego syropu z sorbitolem itp., zawsze można spróbować takie ziółka, ale nie zdążyłam ich zakupić i też myślałam, że przecież w takim gorącu, żądna gorączką nam nie grozi (zapomniałam o ząbkowaniu i zatruciach pokarmowych...);
- siemię lniane, płatki owsiane, kasza jaglana, ryż brązowy, olej kokosowy – wieść gminna niesie, że są takie rzeczy tutaj, ale do tej pory na szybkich zakupach nie znalazłam, na szczęście zapasy z Polski się jeszcze nie skończyły;
- słoiczki dla dzieci z mięsem ryby – to dopiero masakra, większość gerberopodobnych produktów składa się z samych owoców (a owoców tutaj cały rok pod dostatkiem), a jeżeli mają coś z mięsem to tylko z kurczakiem. Ogólnie takich rzeczy dziecku nie podaję w Polsce, ale tutaj nie mam zaufania ani wiedzy nt. ryb;
- kosze na segregację, zbieranie odpadków na kompost i wody do podlania ogrodu – często łapię się na tym, że oddzielam plastik od papieru, a potem myślę sobie – „Po co? I tak nie mam, gdzie tego wyrzucić...”, załamuję się jak resztki jedzenia (a jest ich sporo szczególnie z obieranych warzyw) nie są zawsze zbierane jako nawóz do pobliskiego ogródka albo dla kur, a najgorzej jak widzę, że nie zlewa się wody z każdego płukania jedzenia, gdy tutaj jest tak sucho, że bywają ograniczenia w dostawie, samej jest mi trudno coś zdziałać, a mąż twierdzi, że starszych jest trudno przekonać do zmian;
- rzeczy nadające się do zabawy – nie jestem zwolennikiem zbyt wielu zabawek dla dzieci, ale też całkowity brak stymulatorów nie jest dobry dla rozwoju, a ze względu na dużą ilość prezentów w bagażu, nie było wystarczająco miejsca na tego typu rzeczy Małego Księcia i niestety tutejsze dzieci nie mają się też czym podzielić, a rodzina to minimaliści, więc zbędnych garnków, pacek, kubeczków itp. prawie brak, ale znalazł się nieużywany malakser;
- olejek wanilinowy – podobno odstrasza komary, a tutaj nie mogę nigdzie znaleźć;
- gniazdka elektryczne - teściowie mają w pokojach zazwyczaj po 1 gniazdu, więc albo ładuję telefon, albo włączam klimę (jest rozdzielacz, ale nie zawsze chce mi się go szukać i wypinać inne podłączone rzeczy);
- Internet – (powinien być na pierwszym miejscu) na szczęście jak już doładujemy telefon to zasięg jest dobry, ale jego cena budzi zastrzeżenia, do tego Duży Książę myślał, że nie da się dokupić MB przed upływem okresy rozliczeniowego, ale na szczęście okazało się to nieprawdą;
- półka lub stół – często karmię Małego Księcia w różnych pomieszczaniach i jeżeli np. potrzebuję coś donieść do zjedzenia, to muszę najczęściej wziąć ze sobą talerz, bo nie mam go gdzie położyć, żeby dziecko nie dosięgnęło, a z laptopa korzystam trzymając do na walizce...

Fot. drzewo z pistacjami ;)



niedziela, 29 lipca 2018

Kurdyjska przygoda – cz. III Rytuały

Odkąd tu jesteśmy zdążyłam być na weselu w związku ze ślubem i obrzezaniem oraz dowiedzieć się jak przebiegają uroczystości pogrzebowe. Śluby zazwyczaj trwają 2 dni. Rozpoczynają się około 16,  a kończą ok. 23. Czasem te imprezy odbywają się w różnych miejscach (np. I. dzień w miejscowości panny młodej, a II. u pana młodego). W dzień henny panna młoda jest ubrana w kolorową suknię, na drugi dzień w białą. W pierwszy dzień robi się właśnie hennę na dłoniach kobiet (kulkę papki trzyma się w ręce przez jakiś czas), a w drugi nie kojarzę niczego charakterystycznego. W tym roku ponieważ jest głośna muzyka, to przyszłam tylko na chwilę z Małym Księciem. Mój mąż zniknął gdzieś z facetami (w sensie musieli sobie dodać odwagi, żeby nie wstydzić się zatańczyć w kółeczku), a ja po zrobieniu zdjęć i filmików zawinęłam się do domu. 
Byłam już na kilku weselach w różnych miejscach i stwierdzam, że wszędzie wygląda to tak samo: muzyka orkiestry z tymi samymi utworami, bębny, pierwszy taniec po wyjściu z samochodu (para młoda przybywa w trakcie imprezy), tańczenie w wężyku – chyba używają 3 warianty przestawiania nóg, jedzenie (bulgur/ryż, tzatzyki, mięso wołowe, warzywa duszone/fasole, chleb, woda), fajerwerki, strzały z pistoletu, straganiki sprzedające zabawki dla dzieci, rozdawana woda i herbata, zbiórka kasy/złota przy wejściu, obwieszanie złotem państwa młodych przez rodzinę. Najbliżsi ubrani są bardzo elegancko. Szczególnie dziewczyny odziane w długie suknie (bardzo niepraktyczne na ubitej ziemi czy trawie) prezentują się jak księżniczki. 
Do tego stopnia ich sposób weselenia się jest jednakowy, że jak byłam tym razem w ładnym ogrodzie przystosowanym do tego typu imprez, to dopiero gdy zaszło słońce i nie przybyli „młodzi” zapytałam męża co jest grane i okazało się, że ten „düğün” (wesele) odbywa się z okazji obrzezania, a świętujący chłopak ubrany był jak Alladyn (myślałam, że rodzice tak go folklorystycznie ubrali na wesele, jak czasem u nas dzieci są w góralskich strojach). Dziwiłam się też, gdy obsługa przyniosła taki tron do noszenia – jak sobie dadzą radę z 2 dorosłych osób, zwłaszcza, że ostatnio panna młoda ważyła pewnie 2x tyle co ja... Kiedy zrobiło się ciemno okazało się, że na tym tronie kelnerzy przenieśli dookoła placu tego chłopaka z jakąś dziewczynką (pewnie siostrą) w towarzystwie romantycznej muzyki, strzałów z pistoletu, zimnych i sztucznych ogni i korowodu gości. Jeszcze jedną różnicą jest to, że to obrzezaniowe weselenie trwa 1 dzień.
Byłam też pod wrażeniem jakości obsługi, bo kelnerzy dosłownie biegali, żeby rozdystrybuować chyba 500 gościom ciepłe jedzenie. Tutaj też nie było problemu, że siedziałam przy jednym stoliku z mężem i jego kolegą.
Do tej pory na „klepiskowych” imprezach to goście wzajemnie się obsługiwali i mężczyźni jedli pierwsi, bo było za mało miejsca. Pewnie brzmi to oburzająco, ale uzasadnienie jest proste, to faceci noszą te stoły i krzesła, więc się bardziej zmęczą i muszą najeść, żeby potem obsługiwać kobiety i mieć siłę posprzątać, a czemu nie siedzą przy tych stołach z żonami? Żeby nie było problemu, że będzie z jednej strony taka kobieta siedzieć obok obcego mężczyzny, a ten np. może na nią źle spojrzeć i przynieść pecha...
Oni mocno wierzą w takie rzeczy. Jak przyjechaliśmy obsypali nas dookoła solą, dali złote oko proroka, żeby chroniło Małego Księcia właśnie przed złym spojrzeniem, a teściu nas ostrzegał, żebyśmy nie chodzili za bardzo w miejsca publiczne. ;)
Odkąd jestem tutaj dłuższy czas, to rozumiem, dlaczego wszyscy tak z utęsknieniem czekają na wesele, pomimo że wszystkie wyglądają tak samo. To jedyna rozrywka i motywacja do ładnego ubrania się dla lokalnej społeczności. A może też szansa na spotkanie i zatańczenie (oczywiście w wężyku) ze swoją sympatią, co byłoby nie do pomyślenia w innych okolicznościach. Ciekawostką jest to, że książęta i księżniczki jedzą przy długich stołach osobo, ale tańczą obok siebie. ;)



Jeżeli chodzi o rytuały pogrzebowe, to chowa się zmarłego do ziemi (nie ma mowy o spaleniu), dość szybko po zgłoszeniu zgonu, podobno owiniętego w białe bandaże – dokładnie nie wiem, bo ze względu na odległość zostałam w domu, ale mąż też nie był przy pochówku tylko później, ponieważ przez kolejne 5 dni zjeżdża się rodzina i płaczą w domu zmarłego. Podobno biją siebie, żeby się tak umartwić. Mąż twierdzi, że tym razem przyjechało 2000 osób. Trudno mi to potwierdził, bo mój Książę ma czasem skłonności do przesady, ale faktycznie nawet obok nas parkowało sporo osób ze Stambułu czy nawet Francji.
Niestety zmarła osierociła 2 niedorosłych dzieci. Rak staje się tutaj coraz bardziej powszechny. Myślę, że bierne palenie, plastik wyrzucany do ziemi, monotonne jedzenie, chowanie się przed promieniami słonecznymi czyli naturalna witaminą D3 nie są obojętne.
Ze względu na stan zdrowia tej Cioci, siostra wujeczna mojego męża przeniosła ślub o miesiąc wcześniej i ani my ani jej brat nie zdążyliśmy na nim być (lot mieliśmy zaplanowany na 4 dni później, ale nie było już w późniejszy termin wolnej orkiestry), a faktycznie Ciocia zmarła tydzień przed pierwotnie planowaną imprezą, a żałoba trwa tutaj 40 dni. :(
Niedawno zmarł sąsiad. Pierwszy raz słyszałam zawodzenie kobiet i widziałam korowód mężczyzn idących za samochodem z trumną. Dziwne przeżycie. 

sobota, 28 lipca 2018

Kurdyjska przygoda – cz. II Jesteśmy!

Po przylocie trafiły nam się 40st upały, więc nawet ja z moją wysoką temperaturową tolerancją potrzebowałam tygodnia na za-klimatyzowanie się. Duży Książę tęsknił za Polską po 4 dniach, a Mały Książę raczej jeszcze nie wie co to tęsknota i nawet szybko się przestawił.
Na początku wszyscy przychodzili nas zobaczyć, tak jakbyśmy mieli zaraz wracać, a nie siedzieć 3 miesiące. Niby rozumiem, bo nie widzieli mojego męża prawie rok, a dziecka w ogóle, ale wolałabym mieć na początku chwilę wytchnienia, zwłaszcza że Mały Książę musiał przyzwyczaić się do tych „tłumów” i dźwięków dzieci, bo u nas we dworze jest pusto, cicho i spokojnie.
Ja zaliczyłam 9-dniowy internetowy odwyk, z małymi przerwami na pożyczony od szwagierki net, żeby tylko dać znać rodzinie, że żyjemy, ale to chyba za krótko, żeby się odzwyczaić. Za to uczę się oszczędzać MB, bo 8GB internetu kosztuje tutaj 50zł i dzielimy go z siostrą za użyczenie karty SIM, bo w Turcji rejestracja nowej karty jest dość droga. ;)
Zaczęłam czytać zgromadzone kiedyś ebooki, oglądać ściągnięte jeszcze w Polsce webinary, słuchać kursu tureckiego. Przez te upały, kiedy Mały wreszcie zaśnie jestem padnięta i często też się kładę (na polski czas około 22, a wstaję z materaca około 7, czyli prawie z kurami, ale nie myślcie sobie, że śpię 9h... Mały Książę jeszcze lubi sobie podjeść w nocy, do tego przed zaśnięciem czytam, a budzę się wcześnie, bo mamy okno od wschodu, tylko nie ruszam się za bardzo, żeby dziecko jeszcze sobie spokojnie pospało).
Trzy razy udało się nam spać na tarasie. Jak wcześniej pisałam najpierw Małego pogryzły komary, więc przed drugim razem wypróbowałam olejek z drzewa herbacianego (bo nie mam waniliowego), trochę pomogło, ale chyba niedokładnie go nasmarowałam. Spróbowaliśmy spać pod wielką moskitierą, ale było strasznie duszno i mnie użarł komar, jak wyszłam napić się wody... Do tego nikt tu nie słyszał o light pollution i latarnie na podwórku świecą całą noc. Próbowałam zrobić sobie cień, ale nie na wiele się to zdało i czułam się jakbym spała w pochmurny dzień... 
Przenieśliśmy się na powrót ze spaniem do pokoju. Staramy się wyłączać klimę ok. 2 w nocy, a potem otwieramy drzwi i okno (oczywiście z siatką) do 5 rano, kiedy znów trzeba włączyć klimatyzację, ze względu na wschodzące słońce.
Pewnie zastanawiacie się, jak śpi bez klimy rodzina Dużego Księcia. Gdy już zrobi się bardzo gorąco, idą na dach. Niestety z małym dzieckiem bym tam nie poszła, bo nie ma żadnego ogrodzenia, do tego pobudka wraz ze słońcem po 5. ;)
Gdy Mały drzemie w dzień to mam czas na bloga, kontakt z bliskimi. Wymyśliłam dodawanie zdjęć na dysk Google i udostępnianie samego linka znajomym, żeby raz zużyć internet i czas, zamiast każdemu wysyłać to samo. ;)
Rzadko jesteśmy w mieście, bo nie mamy tutaj własnego samochodu, a busem nie jest za wygodnie jechać z dzieckiem, do tego chyba w późniejszych porach, gdy jest już dla nas chłodniej, nie kursują. ;) W akcie desperacji myślałam o taksówce, ale na szczęście znajdzie się czasem jakiś dobry wujek i nas podrzuci.




środa, 18 lipca 2018

Kurdyjska przygoda - cz. I Przybywamy!

Zbliża się północ. To dla mnie najlepszy czas na tworzenie. Siedzę oczywiście po turecku na tarasie mojego drugiego domu. Jest bardzo ciepło. Cykady głośno cykają. Czasem w oddali zaszczeka bezpański pies i przejedzie samochód. Jedynie latarnie na działce (nie przy drodze?!) zaburzają sielskość tej letniej nocy i snu. Tak, właśnie dziś czeka mnie pierwsza noc prawie pod gołym niebem. Ostatnia próba zakończyła się powrotem do klimatyzowanego pokoju. ;) Klimatyzację ustawiam na 29-30 st. C, żeby nie było zbyt dużego szoku, a i tak czuję ulgę. :D

Dłuższy czas nic nie publikowałam, ponieważ przygotowywałam się do 3-miesięcznego wyjazdu z moimi Książętami do naszej kurdyjskiej rodziny, w celu załatwienia dokumentów mojego męża. Zakupy dla dziecka, zamawianie prezentów, animacyjne fuchy zajęły mi sporo czasu. Przygotowania zaczęłam już w marcu rezerwacją biletów, a zaraz po Wielkanocy zakupem promocyjnych czekolad. W sumie przywieźliśmy 9 kg słodyczy, które rozeszły się w pierwszych dniach. Oprócz tego wieźliśmy 7-kg basen ogrodowy, który do tej pory zastał tylko raz użyty i to nie w pełni, bo dzieci są do niego za małe, ale i tak miały mega radochę i żałuję, że tego nie nagrałam... Na szczęście istnieją worki próżniowe (zassaliśmy w nich 2 zimowe kurtki dla braci, dziecięce ciuszki na prezent i pieluszki wielorazowe Małego Księcia) i na infanta przypadało 10 kg bagażu, więc udało się nam z tym wszystkim dolecieć. Mieliśmy 2 duże walizy i jedną małą na kółkach, 2 plecaki i miękką torbę przez ramię jako bagaż podręczny.

Nie obyło się bez przygód typu brak biletu Małego Księcia, który dotarł na mojego gmaila z opóźnieniem i nie wydrukowałam go, ponieważ myślałam, że tak ja na odprawie elektronicznej infant siedzący na moich kolanach jest wliczony w mój bilet. Pan celnik był uważny i udało się dostać na pokład skanując bilet z telefonu, chociaż prawdopodobnie podwójne skanowanie mojego biletu też by przeszło. Małemu Księciu bardzo podobało się na pokładzie, a ponieważ loty były po południu to po odpowiedniej dawce mojego mleka przespał je.

Niestety w związku z tym, że wioska mojego Dużego Księcia znajduje się ponad 1000 km od Stambułu czy Ankary, musimy się przesiadać, a na dodatek loty do najbliższych miejscowości są tak rzadkie, że musieliśmy zanocować. Na szczęście nocleg zapewniła nam rodzina, tylko kuzyn zapomniał nam powiedzieć (rozmawiał wieczorem poprzedniego dnia z mężem), że zmienili nieco adres (ale blisko). Potem się dowiedziałam, że kuzyn jest lekko upośledzony, no ale trudno się dziwić, skoro oni mają w zwyczaju żenić się ze swoją rodziną i jego rodzice są kuzynami...
Dojazdy z/na lotnisko kosztowały nas ponad 100 lirów, trasy z naszej miejscowości do Warszawy nawet nie wspominam. Bilety lotnicze ok. 3000 zł. Wartość prezentów chcę zapomnieć. Ale czego się nie robi dla rodziny. :D

Jeżeli chodzi o linie lotnicze, to Lot jest tańszy od TurkishAirlines, a na miejscu (chociaż z innego lotniska) taniej jest lecieć Pegasusem albo AnadoluJet. Są też inne linie, ale te akurat lecą w okolice Dużego Księcia.